Tegoroczna Śląska Manifa przeszła pod wiele mówiącym i bardzo niestety prawdziwym hasłem „POLSKA NIE CHCE WIDZIEĆ KOBIET”. Nie mogłam w niej uczestniczyć ciałem, ale byłam – duchem, sercem i również piórem.
Przedstawiam Wam mój tekst, który miałam zaszczyt napisać
do tegorocznej Manifówki.
ALE NAJPIERW TYTUŁEM WSTĘPU
Kiedy w pamiętnym 2020 roku zapadł obrzydliwy wyrok TK, nie tylko na ulicach, ale i w internetowych dyskusjach zaczęło wrzeć. Mnóstwo kobiet, które do tej pory nie wypowiadały się w temacie aborcji czy ogólnie naszych praw – przemówiło. Jednak zbyt często zdarzało się, że gdy w rozmowach padały słowa o Kościele katolickim jako współwinnym wyroku na kobiety, spotykało się to ze świętym niemal oburzeniem. „To nie Kościół, to PiS!”; „Kościół zostawcie w spokoju!” – padały słowa protestu.
Nadal zdarza mi się spotykać takie komentarze, nawet u osób głoszących hasła o możliwości wyboru.
Każda próba sprzeciwienia się układaniu nam przez Kościół na siłę życia wywołuje głośne protesty wśród wiernych, ponieważ Kościół obraca to natychmiast w zarzut ataku na wiarę. I wiecie co? Wciąż mu się to udaje.
Obrona Kościoła wżarta jest bowiem w naszą tkankę narodową i utożsamiana od wieków z obroną polskości. Być może kiedyś, w czasach tłamszenia owej polskości – w czasach zaborów Kościół pełnił taką rolę, choć nie zapominajmy, KTO brał udział w targowickiej zdradzie. Ta epoka jednak już minęła. Kościół jest głównym hamulcowym zmian, a już na pewno tych zmian dotyczących praw człowieka. Ale o tym może kiedy indziej.
Ponieważ nadal wiele osób uparcie nie widzi jego politycznej działalności, postanowiłam napisać ten tekst, wyjaśniający w dużym uproszczeniu mechanizmy władzy. Zdaję sobie przy tym sprawę, że osoby, które nie chcą zrozumieć i tak nie zrozumieją. Ale lepiej tłumaczyć niż milczeć. To taka moja maleńka cegiełka, maleńki wkład w tak potrzebną pracę u podstaw.
Wstęp zrobił się ciut przydługi, bo gaduła ze mnie. Zatem już szybciutko kończę i zapraszam do lektury manifówkowego tekstu.

CO DALEJ?
33 lata temu, 7.01.1993 roku zdecydowano za nas i wrzucono w bagno tak zwanego kompromisu aborcyjnego.
W 1996 sejm znowelizował poprzednią ustawę z 1993 roku, łagodząc ją poprzez dodanie przesłanki o „trudnej sytuacji osobistej kobiety”. Utrzymała się niecały rok.
Wtedy wprowadzono też obrzydliwy twór zwany klauzulą sumienia, a w 1998 Polska ratyfikowała konkordat podpisany już wcześniej w 1993.
Co stało się w roku 2020, wiemy.
Nasze prawa toczą się w dół równią pochyłą od 33 lat!
W czasach, gdy w innych krajach Europy kobiety walczyły o prawo do aborcji, u nas, w mrocznym okresie PRL-u, aborcja dostępna była praktycznie bez ograniczeń.
A potem, gdy upadł stary ustrój, sytuacja polskich kobiet uległa gwałtownemu pogorszeniu.
Obecnie w Polsce mamy taką Upside Down* w stosunku do większości krajów Europy. Europejki wywalczyły prawo do aborcji, my je straciłyśmy. Za tymi drastycznymi zmianami stoi Kościół katolicki i jego olbrzymie wpływy polityczne, które uzyskał po zmianie ustroju.
Skąd te wpływy?
Kościół trzyma na pasku zależności sporą część polityków. Wpływa na ich decyzje (na przykład w głosowaniu nad niewygodnymi dla niego, lub właśnie aprobowanymi ustawami) poprzez sterowanie poparciem w wyborach. Ponieważ nadal jest olbrzymim autorytetem dla swoich wiernych, może doprowadzić do tego, że niewygodny polityk je straci, a ten posłuszny utrzyma lub zwiększy.
Tak to się (w bardzo dużym uproszczeniu) toczy. Wierni słuchają księży i głosują, zapewniając wygraną tym politykom, których działania będą zgodne z linią Kościoła.
I w ten sposób de facto episkopat rządzi krajem, pociągając za sznurki.
Każdy protest przeciw układaniu nam życia przez Kościół natychmiast oflagowany zostaje hasłem „atak na wiarę”, ponieważ to wywołuje pożądany skutek – gniew wiernych zwrócony w stronę protestujących.
A przecież to nie tak, przecież każdy powinien mieć prawo do wierzenia w to, co chce i absolutnie nie o wiarę w tych protestach chodzi. Tyle że każdy powinien mieć też prawo do samostanowienia, czyż nie?
Dopóki kler ma tak olbrzymi wpływ na wyborców, trudno będzie coś zmienić. Dlatego konieczna jest praca u podstaw. Bardzo ważne jest też wywieranie presji na (każdych) rządzących. Przypominanie im, że nie odpuściłyśmy i nie odpuścimy. Bo prawa kobiet to prawa człowieka.
Wiele z nas duże nadzieje pokładało w wygranych w październiku 2023 roku wyborach. Czy coś się w aspekcie praw kobiet po nastaniu „nowego, lepszego rządu” zmieniło? Niewiele. Nie zdołano przegłosować nawet depenalizacji aborcji, nie mówiąc już o obiecywanym legalnym do niej dostępie.
Czujemy się więc rozczarowane niespełnionymi obietnicami i boimy o swoją przyszłość.
Tak zwani „obrońcy” życia cały czas dążą przecież do likwidacji wskazań, które nam jeszcze pozostały, oraz karania kobiet więzieniem za wykonanie aborcji. Jeśli za półtora roku do władzy dojdą Konfederacja z PiSem – prawa kobiet do samostanowienia, nawet w tej szczątkowej formie, mogą przestać istnieć.
______________
(*) Upside Down (Druga Strona) – nazwa nadana w serialu Stranger Things przerażającemu alternatywnemu wymiarowi, mrocznemu odbiciu naszego świata.

^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^ ^^
Ja od siebie dodam tylko – nie, nie uważam, że mamy teraz tak samo lub gorzej niż za PiSu.
Według mnie nie.
Jestem jednak rozczarowana. Nie ja jedna.
Nie tak miało być. Rząd jako całość – bo znam tam kilka wspaniałych osób, o których wiem, że naprawdę chcą tych zmian – zawiódł wiele wyborczyń i wyborców.
A choćby jedynie praktycznie, nie emocjonalnie rzecz ujmując – już w przyszłym roku wybory.
Myślę, że jeśli nic się zmieni, wiele osób, i trudno im się dziwić, na te wybory po prostu nie pójdzie…
I co wtedy?


Rozczarowań jest wiele, największe to właśnie uleganie naciskom Kościoła czy koalicjantów w wieli kwestiach, które do wyborów miały być wspólne i nienaruszalne.
Wiele osób czuje się oszukanych, z frekwencją może być kiepsko.
Świetny tekst!!!